A tutaj właśnie wylewam siódme poty.

A tutaj właśnie wylewam siódme poty.

sobota, 29 września 2018

II Bieg Szlakiem Marianny Orańskiej - 22.09.2018

Kolejny bieg relaksacyjny razem z moja kochaną żonką 😊 i starszym synem Mateuszem - lat 14, który biegł dystans 5 km. Tak moi mili, po pewnym czasie brania udziału w zawodach moje podejście mocno się zmieniło o czym już chyba wspominałem. Zrezygnowałem ze zrobienia tzw. Korony Półmaratonów ,choć plany takie miałem. Zresztą wiele "rzeczy", które wcześniej planowałem skończyły się moim wewnętrznym pytaniem: tylko po co ? Półmaraton jestem w stanie przebiec spokojnym tempem choćby jutro, a uganianie się po całej Polsce za kolejnymi medalami uważam za stratę czasu. Ktoś inny oczywiście ambitnie realizuje zdobywanie swojej Korony Półmaratonów i szczerze gratuluję i podziwiam. Każdy ma na siebie jakiś inny pomysł, jakieś inne plany. W chwili obecnej staramy się razem z Wiolą wybierać takie biegi na które nie trzeba jechać pół dnia. Nie znaczy to,że na taki bieg nie pojedziemy, ale musi być on według nas wyjątkowy ! Do tego przychodzi również kwestia przygotowania, ponieważ jadąc gdzieś  daleko by sobie po prostu pobiegać, również uważam za mało rozsądne. 
Takie biegi mamy tu pod nosem i z tych właśnie bardzo precyzyjnie wybieram biegi gdzie będę chciał "przycisnąć" 😉 


Pałac dawniej.
Na Kamieniec Ząbkowicki trafiliśmy już 03.10.2015 podczas rodzinnej wycieczki.
Piękna Pałacu Marianny Orańskiej i związanej z jej losami bardzo ciekawej historii nie sposób tu opisać. Miejsce to zwiedziliśmy z przewodnikiem, nie zdążyliśmy jednak pospacerować po terenach zielonych za Pałacem i gdy w internecie trafiłem na 
II Bieg Szlakiem Marianny Orańskiej, stało się oczywiste, że tam właśnie być musimy !

Rok 2015

Rok 2015
Sam bieg okazała się bardzo kameralny, liczba uczestników nie była duża a trasa poprowadzona została po dość sporym parku leśnym wokół pałacu. Co ciekawe trasa nie była aż taka łatwa jak nam się wydawało i nie zabrakło na niej niewielkich podbiegów. Biegnąc razem żoną w parze, naprawdę mogę powiedzieć, że to inny wymiar mojej aktywności biegowej. Powiem wręcz jeszcze więcej, otóż udziału w masowych biegach w taki właśnie sposób, naprawdę mi brakowało. Starość ? - nie,  to raczej inne spojrzenie na bieganie i inny rodzaj czerpania z niego radości. Udział w zawodach w nieco mniej ambitny sposób a jednak wpleciony w swój cykl treningowy to świetna alternatywa do aktywnego spędzania czasu ze swoimi najbliższymi. Po biegu, organizatorzy częstowali bardzo dobrą grochówką wojskową z kuchni polowej a medale otrzymane na mecie były naprawdę piękne jak na bieg lokalny z trasą bez atestu. Poniżej jak zawsze garść zdjęć oraz filmik.








sobota, 8 września 2018

II Szalona 9 w Jaworze - 02.09.2018









2 września 2018 ponownie pojawiliśmy się w Jaworze aby przebiec Szaloną 9 
Na udział w biegu zdecydowała się również Wiola 😊 


Trasę znałem już doskonale z  zeszłego roku i wiedziałem czego mogę się spodziewać. Zarejestrowany dystans jest identyczny jak rok temu (8,56 km) no i jest progres 😁 Czas z 2017 roku to 42:36 ze średnim tempem 4:56 min/km, jednak wówczas było to po jakiejś kontuzji. Dzisiaj czas 39:19 ze średnim tempem 4:33 min/km. Teren biegu to park miejski w zasadzie bez podbiegów. Zdecydowanie za szybko pobiegłem 1 km bo ze średnim tempem 4:09 min/km i lekko zgrzały mi się płuca 😕 Miałem później problem z ustabilizowaniem oddechu co jednak nie przeszkodziło mi finiszować w tempie 4:12 min/km Na tę chwilę myślę, że to był max.

Wiola przed startem.

Ustawiłem się z zawodowcami 😊


Start biegu.



Cisnę co sił 😜





Finisz Wioli.


Nie będę ukrywał, że po biegu byłem mocno zmęczony.

   

Po przekroczeniu mety i złapaniu chwili oddechu załapaliśmy się na wspaniały masaż po czym zjedliśmy pyszny żurek z chlebkiem przygotowany dla każdego biegacza 😊. Dzień tego dnia był bardzo słoneczny więc cierpliwie czekaliśmy na moment losowania nagród. 
Pod sam koniec losowania został wyciągnięty kupon mojej Wioli z bardzo fajnymi przedmiotami 💪

Wręczenie nagrody.
Szczęśliwy los !





sobota, 1 września 2018

SUDECKA ŻYLETA - czyli maraton pieszy - 24.08.2019

To miała być wspaniała przygoda, ot taki prezencik dla żony z okazji przypadających tego dnia jej urodzin. To jednak było bardzo ciężkie doświadczenie fizyczne, być może nawet najcięższe z jakim przyszło nam się zmierzyć. Ale od początku...

Trasa na mapie robi wrażenie.

O maratonach pieszych słyszałem już wcześniej, tych organizowanych w górach oraz tych prowadzących dookoła jakiegoś miasta. Niby nic wielkiego, ot taka powiedzmy sobie "pielgrzymka"😉 Dokładnie rok wcześniej Sudecką Żyletę przeszli moi koledzy z pracy i już wtedy zrodził się pomysł wzięcia udziału w tej imprezie w roku kolejnym. Śledziłem więc informację dotyczącą tego wydarzenia i wyczekiwałem na start zapisów. Wcześniej oczywiście rozmawiałem o tym z Wiolą i bez większego oporu zgodziła się iść razem ze mną. W dniu zapisów była duża chwila napięcia ponieważ z powodu ogromnej ilości zgłoszeń, serwery powariowały nie pozwalając przejść procedury rejestracyjnej. Godzinę zajęło mi klikanie, odświeżanie strony zapisów by w końcu pojawić się wraz żoną na liście startowej. Jednocześnie zdając sobie wtedy jeszcze niewielką sprawę z wysiłku na jaki się zdecydowaliśmy, zrobiłem rezerwację na nocleg aby trochę pospać przed powrotem do domu. 67 km, 67 km, .... cały czas chodziło mi to po głowie. Jak się przygotować, co zabrać, kiedy zaprzestać treningów przed tym marszem, co jeść aby nabrać maximum sił. Pytań było wiele, jednak starałem się je sobie tłumaczyć, że przecież cały czas jestem aktywny fizyczny, nie raz już w górach chodziłem, że przecież będzie ponad 400 osób, że jestem przygotowany zapewne lepiej niż wiele innych zapisanych osób. O żonę też byłem spokojny, to prawdziwa twardzielka lubiąca góry i ostatnio, też pochłonięta pasją biegania. Zaczynam się jednak przygotowywać strategicznie, oglądam filmiki na YouTube, czytam blogi opisujące wcześniejsze edycję i doświadczenia zebrane przez uczestników tych maratonów. W notesie mam odnotowane aby zabrać: czołówkę, zapas baterii, 3 pary skarpet, talk do stóp, kije, ubranie do przebrania itd. itd. Zebrało się tego naprawdę sporo, nie wyglądało na ciężkie dopóki nie znalazło się w plecaku 😓 Impreza według organizatora pozbawiona rywalizacji ale jednak mówi się o limicie 24 h. Trzeba pamiętać o odpowiednim zapasie jedzenia i picia. Apteczka ! Kurcze przecież pisali o tym, mam ze trzy. Przeglądam zatem zawartość, wyrzucam niezliczone ilości bandaży, opatrunków, gazików i skupiam się raczej na plastrach i wodzie utlenionej. Na końcu wrzucam jednak ze dwa bandaże ,kto wie co czeka nas na trasie. Wpadłem nawet na pomysł aby zabrać parasol ale Wiola szybko sprowadziła mnie na ziemię parskając lekkim śmiechem. O tej sytuacji przypomniałem sobie w nocy kiedy podczas deszczu mijałem jednego z uczestników, który mocno trzymał parasol w swojej dłoni.


  Zbliżała się godzina zero. 24.08.2018 po godzinie 17 stawiliśmy się na wyznaczonym przez organizatora parkingu. Było już sporo ludzi, wyglądali jakby biesiadowali, jedli kanapki zagryzając kabanosami, pili różne napoje. Ci lepiej zaopatrzeni odgrzewali sobie na kuchenkach turystycznych ciepłe posiłki.

W tym momencie bardziej z poczucia strachu przed wyzwaniem jakie nas czeka niż z głodu postanowiliśmy i my zjeść po bułce z żółtym serem. Odebraliśmy oczywiście pakiety startowe i powoli zaczęliśmy się przebierać odliczając ostatnie minuty do startu.


Ludzi już coraz więcej.
W międzyczasie dojechał do nas jeszcze nasz kolega Piotr, który brał udział w zeszłorocznej edycji a z którym tworzyliśmy naszą własną ekipę.

 

         
Po krótkiej odprawie, wszyscy uczestnicy ustawili się na mecie i bardzo leniwym tempem ruszyliśmy w nieznane na spotkanie z przygodą.


Początkowo szliśmy razem takim bardzo długim jęzorem, w lesie nawet zrobił się zator podczas przejścia przez taki mały mostek. Upłynęło naprawdę sporo czasu zanim ta cała masa ludzi rozciągnęła się na tyle aby można było swobodnie i płynnie iść swoim tempem. 

 
Zanim weszliśmy na Wielką Sowę byliśmy już totalnie przemoczeni przez bardzo intensywnie padający deszcz. A to dopiero 12 kilometrów.

Podczas deszczu i na dodatek w nocy widać było jedynie światła czołówek.




Na Wielkiej Sowie.
Ze względu na nocną porę ciężko było stwierdzić czy byliśmy bardziej z tyłu czy z przodu całej tej zgrai. Sądząc jednak po tym jak wielu uczestników było przed nami na starcie musieliśmy się raczej spieszyć. Przebraliśmy się w jedyny zapas ubrań suchych jaki mieliśmy , zjedliśmy po bułce i ruszyliśmy dalej.

Trochę już zmęczeni dochodzimy do pierwszego obowiązkowego punktu kontrolnego gdzie czekają na nas banany oraz woda w puszkach 😡 Większość chwyta tę wodę z nadzieją, że będzie to jakiś napój energetyczny lub inny napój słodki ale nie woda ! , na miłość boską ! Cóż, to jednak jest maraton pieszy a nie jakaś domówka, więc pijemy co dają.

1 punkt kontrolny nieopodal sztolni kompleksu "Osówka"

Po 9 h marszu i przebyciu ponad 40 km, zaczęło świtać. W zasadzie idziemy, już sami. Świadomość przybycia jeszcze kolejnych 27 km nie napawa nas optymizmem. W końcu pogoda się ustabilizowała, jest bardzo mokro ale już nie pada.



 Gdy już dzień zagościł na dobre przed nami swoje oblicze ukazał Ruprechticki Spicak z wieżą widokową. Nie pozostało nam nic innego jak dalej iść wyznaczonym szlakiem w kierunku wzniesienia.



Wiola po wdrapaniu się na Spicak.


Ponieważ minęło nam już więcej jak połowę trasy morale zaczęło rosnąć. Przede wszystkim można już było podziwiać widoki i odliczać kilometry do kolejnego punktu kontrolnego gdzie mieliśmy nadzieję zjeść coś ciepłego. Niestety czas dłużył nam się niemiłosiernie i doskwierały już pierwsze pęcherze na stopach. Wcześniej zmieniłem już jedną parę skarpet co na jakiś czas poprawiło komfort wędrówki ale zaczęły doskwierać inne dolegliwości. Miałem wrażenie ,że uaktywniły się wszystkie niedoskonałości mojej fizyczności. Bolały mnie trochę biodra, i jakoś słabo zaczęły współpracować mięśnie około piszczelowe. Ciągłe wspinanie się na wzniesienia i z nich schodzenie zaczęło mieć znaczący wpływ na moją kondycję. 

2 punkt kontrolny.
Na drugim punkcie kontrolnym była ciepła zupka co pozwoliło nam, uzupełnić dotychczasowy ubytek energii. Spędziliśmy tam około godziny. Po wypiciu jeszcze kawy, nieco zregenerowani ruszyliśmy dalej. Po drodze minęliśmy pamiątkową tablicę ( ku pamięci wędrowców ? ) ,




 by po krótkim podejściu ujrzeć ruiny Zamku Rogowiec.


Zejście było dość strome i choć częściowo wyznaczone szlakami turystycznymi w zasadzie na większości trasy nie spotkaliśmy innych turystów. Szlaki w tych okolicach są bardzo zaniedbane, zarośnięte i mało przyjazne turystom przyzwyczajonym np. do wędrowania po Karkonoszach. 



Kolejne podejście wyznaczone przez organizatora, oznaczone trupią czaszką, było najcięższym podejściem w cały maratonie. Prowadziło ono na Rybnicki Grzbiet w Górach Wałbrzyskich.



     





Następnym wzniesieniem była Borowa. Jak już wcześniej wspominałem o najtrudniejszym wejściu tak teraz najtrudniejszym zejściem okazało się właśnie zejście z Borowej. 




















Na przedostatnim punkcie kontrolnym, mieliśmy już naprawdę dość. Bardzo poważnie rozważaliśmy możliwość skrócenia trasy. Nawet Piotr poddał w wątpliwość poprawność wskazań mojego zegarka, gdyż upływ kilometrów był jak nam się wydawało nieadekwatny do upływu czasu.


57 km, godz. 15:16




Trudno tu opisać cały trud tej wędrówki. Muszę jednak przyznać, że było to najcięższe doświadczenie fizyczne na jakie się zdecydowałem. Taki maraton to nie są żarty, nie można zdjąć kapci, założyć buty i po prostu ot tak przejść sobie taki dystans. Wspomnę, że z trasy wycofało się ponad 156 osób ! Trzeba  mieć dobrą kondycję fizyczną i mieć w sobie trochę pokory przed podjęciem decyzji o udziale w takim wyzwaniu.
Jestem pełen podziwu dla mojej cudownej żony za to ,że zgodziła się wziąć udział w Sudeckiej Żylecie i ,że podczas marszu zdecydowanie mniej narzekała niż ja. Byliśmy jedynymi reprezentantami naszego miasta oraz Biegającej Kasty Miedziowego Miasta 💪 Również Piotr jak zwykle utrzymał swój fason i miałem wrażenie ,że gdyby nie my, spokojnie mógłby pewnie przebiec ten dystans. Na mecie pojawiliśmy się o godzinie 18:20 czyli zmieściliśmy się w limicie i co najważniejsze nie byliśmy ostatni. Czystego marszu wyszło nam ponad 17 h, a oka nie zmrużyliśmy   przez ponad 36 godzin. Po odebraniu medalu, zjedliśmy jeszcze po udku z kurczaka z ziemniaczkami i surówką. Całe szczęście, że można było to kupić sobie na miejscu bowiem po wejściu na metę otrzymaliśmy tylko wspomnianą już wcześniej pyszną 😜 wodę. 

Oznaczenie trasy na tak długim odcinku było bardzo dobre, atmosfera była bardzo przyjazna, miejsca parkingowe przygotowane. Czy kiedyś tu jeszcze wrócimy..... kto wie....kto wie....