Dwa lata po udziale w Sudeckiej Żylecie, po raz kolejny zaiskrzyła w nas chęć udziału w pieszym rajdzie długodystansowym 

Tym razem wybór padł na 2. Rajd Kotliny Turoszowskiej ze startem w Bogatyni. Nasz skład, powiększył się jednak o naszego syna Mateusza. Czekało nas ponad 60 km marszu i 1200 m przewyższeń 😱
Start o 6.00
rano, napawał nas nadzieją na sprawne pokonanie trasy co już po kilkunastu kilometrach zostało szybko zweryfikowane przez piekielnie, palące słońce
i temperaturą powyżej 30 stopni 
rano, napawał nas nadzieją na sprawne pokonanie trasy co już po kilkunastu kilometrach zostało szybko zweryfikowane przez piekielnie, palące słońce
i temperaturą powyżej 30 stopni 
Zaczęła się walka o przyżycie
a głównie ze swoimi słabościami i doprowadzeniem swoich organizmów do granic wytrzymałości. Trasa bardzo uroizmaicona, choć z oznaczeniami mogłoby być zdecydowanie lepiej. Nas ratował ślad gpx wgrany do zegarka a jednak z powodu zmęczenia i nam udało nadrobić się trochę więcej km
niż wynosił oficjalny dystans.
a głównie ze swoimi słabościami i doprowadzeniem swoich organizmów do granic wytrzymałości. Trasa bardzo uroizmaicona, choć z oznaczeniami mogłoby być zdecydowanie lepiej. Nas ratował ślad gpx wgrany do zegarka a jednak z powodu zmęczenia i nam udało nadrobić się trochę więcej km
niż wynosił oficjalny dystans.
Na 200 osób startujących, około 30 nie ukończyło rajdu z powodu skrajnych warunków pogodowych 


i wbrew pozorom, dość wymagającej trasy. Zapisująć się na ową imprezę, doskonale wiedzieliśmy na co się decydujemy i tym bardzie satyfakcja z ukończenia rajdu była ogromna 
Wspieraliśmy się wzajemnie i chyba tylko to nas ratowało bo ostatnie kilometry od "pasa startowego" (tego na zdjęciu obok) pokonaliśmy z nadludzkim wysiłkiem. Trudno było nam uwierzyć jak bardzo może dłużyć się finisz

Na sam koniec muszę przyznać, że pod względem organizacyjnym, pomijając kolor wstążek - których ze zmęczenia czasem nie było widać, organizatorzy stanęli na wysokości zadania
Było dużo wody, batonów i owoców a posiłek główny (również na trasie) w postaci bigosu i grochóweczki (kto co wolał) to istna wisienka na torcie 
Po trasie jeździli na quadach ratownicy medyczni a na miejscach bardziej dostępnych kursowała karetka i można było dodatkowo zaopatrzyć się w wodę.
I jeszcze chcę podziękować za to co było na początku - czyli za pakiet startowy.
Nie jedni organizatorzy biegów, powinni się od Was uczyć - pełna profeska


Poniżej wstawiam parę fotek z samej Bogatyni w której pojawiliśmy się dzień wcześniej aby nabrać sił i na spokojnie stawić czoła tej trudnej trasie.
Natomiast w tym miejscu zapraszam do mojej relacji filmowej gdzie można poczuć klimat i chociaż chwileczkę te emocje oraz ogromny wysiłek jaki tego dnia odczuwaliśmy.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz